Z kredytem nie jest łatwo

Wymarzony dom, a może mieszkanie. Nieważne! Ważne, że się trochę odłożyło, zaoszczędziło i jest. Jest te minimalne dziesięć procent wkładu własnego, by spełnić marzenie. Marzenie o swojej własnej (no może nie do końca własnej, bo trochę na pół z bankiem, a nawet bardziej banku) nieruchomości coraz bliżej. Nie wszystkie kredyty jednak należą do prostych. Poniżej sytuacje z życia wzięte, ukazujące jak trudne kredyty, mogą być. Z iloma problemami może nam przyjść, się borykać w dążeniu do celu.

1. No nie da rady, co z tego, że żona ma pracę. Co z tego, że ma ją od roku. Umowa ma być na rok w przód i rok wstecz. I koniec kropka.

Ona: zarobki powyżej średniej, zdecydowanie ponad stan. Od osiemnastu miesięcy pracuje w firmie XYZ, jest naprawdę dobra w tym, co robi, firma prężnie rozwija się i umacnia swoją pozycję na giełdzie papierów wartościowych. Ona właśnie dostała umowę na jedenaście miesięcy. Takie zasady panują w firmie, dla nikogo nie ma ustępstw, żadnych. Nawet dla tych najlepszych. To jej druga umowa, kolejna więc będzie na czas nieokreślony, Gwarantuje jej to pracodawca i kodeks pracy, do którego ten musi się ściśle stosować. Ona absolutnie nie ma czasu czekać, na umowę numer trzy, bo dom do kupienia jest właśnie teraz. Mimo że stoi tak gdzie stał zawsze, już tak z pięćdziesiąt lat, czekać on nie będzie. Bo to okazja, a jak się nie zdecydują, to jest taka Pani, co się zdecydowała wczoraj.

On: umowa na czas nieokreślony – jest! Zarobki jak najbardziej w porządku. Zdolność spokojnie by miał. No właśnie, zdolność by miał, gdyby nie żona (której umowy przecież nie liczymy), której zarobków w oczach banku po prostu nie ma. Ma być rok wstecz i rok w przód. O ile wstecz się zgadza, to do przodu trzeba poczekać. To jednak nie wszystko. Jest jeszcze dziecko. Jego zarobki, więc należy podzielić po równo, i sprawiedliwie na troje. I tu jego zdolność spada, maleje, topnieje. Po prostu nie wystarcza.

Sytuacja wydawałoby się bez wyjścia. No bo jak, szybki rozwód? Separacja? To wszystko trwa.
Rozwiązanie jest naprawdę proste. A te najprostsze, te na wyciągnięcie ręki wpadają nam do głowy zazwyczaj już po fakcie. W tym przypadku wystarczy zwykła rozdzielność majątkowa. Podpisana i opłacona (nie mało niestety, no ale dom, ale marzenia) u notariusza.
Po podpisaniu tego papieru jego dochód dzielimy na dwoje (jego i dziecko), i zdolność rośnie, rośnie i już jest wystarczająca. Dom jednak w takim przypadku, do Onej należeć nie będzie. Kredyt bierze tylko on, i to po rozdzielności majątkowej.

2. Jest cel, mieszkanie, piękne, zadbane, takie jak z obrazka, to jedyne, wymarzone i wyśnione. A do tego wszystkiego to naprawdę dobra okazja, zapewniał agent nieruchomości. Jest praca, może do najprzyjemniejszych nie należy, ale jest dobrze płatna i pewna, taka z umową na czas nieokreślony. A skoro praca dobrze płatna i pewna, to i zdolność jest. Niestety jakoś tak wyszło, że wydatków się nazbierało zeszłego lata. Samochód, wczasy, drogi sport. Wkładu własnego więc nie ma ani dwudziestu, ani dziesięciu czy nawet marnych pięciu procent. A to przecież okazja jest. Nie da się takiej sumy załatwić, nikt przecież nie pożyczy nam takich pieniędzy na dłużej niż chwilę. No i marzenie było i było, ale się zmyło. Byliśmy tak blisko, tak blisko. I legło w gruzach wszystko.

A właśnie, że nie koniecznie! Dobrym rozwiązaniem jest wzięcie kredytu hipotecznego, razem z kredytem remontowym. Oczywiście to nie jest tak, że bierzemy niby na remont i oddajemy te dziesięć procent cioci Zdzisi, co ma trzy koty, dwie kozy, osiem krów i szczura i koniec kropka. A no nie, remont trzeba będzie wykonać. Bo bank nam tego nie daruje. I to taki remont, jaki się bankowi obiecało (zawsze będzie to remont podnoszący standard mieszkania, zwiększający jego wartość), i do tego w czasie, w którym się zobligowało go wykonać. Może to jednak być za pół roku lub na przykład za rok. Zależy to od tego, jak się z bankiem dogadaliśmy. Musimy jednak pamiętać i być świadomi tego, że co miesiąc odkładamy na kredyt i osobno na remont, który się zobowiązało wykonać. To chwilowe rozwiązanie, ale nie jedno marzenie już uratowało.

To tylko dwa przykłady, z setek tysięcy, a może i milionów trudnych kredytów, z którymi borykają się doradcy finansowi i my zwykli szarzy obywatele. Skłonni uwierzyć we wszystko i zrobić wszystko by zawalczyć o swoje marzenia. Czasem jednak trzeba, naprawdę niewiele. Wystarczy dobry doradca finansowy, który z niejednym problemem się już borykał, który na niejeden problem ma szybkie rozwiązanie. Jemu przecież też zależy na naszym kredycie. I tu się pojawia fala krzyku, że pewnie drogo, że sprowadzi na manowce, że oskubie. A no nie, taki doradca finansowy pobiera prowizję od banku, nie od nas. Dla nas więc jest darmowy, a czasem nawet może ugrać jakąś mniejszą marżę albo prowizję. Poprowadzi on nas za rękę jak dziecko we mgle. Do celu, do spełnienia marzenia. Czy to będzie dom, czy samochód, może mieszkanie, drogie wczasy. Życie jest krótkie, a marzenia przecież warto spełniać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *